Zapisz swoję ulubione piosenki Grzegorz Turnau

Imie/ksywa:*

Mail

Komatarz dla przyszłych pokoleń:




Uroczyście rozpoczynam

( i dla panów i dla dam )
supermiędzynarodowy,
fantastyczny, odjazdowy
swym talentem znowu stwarzam
pokaz mody dla Cesarza!
Jak pięknie szata zdobi człowieka
Ponurość świata szybko ucieka
jak pięknie szata zdobi człowieka
niebiańska spływa na nas pociecha
Cesarz:
Już doczekać się nie mogę
Trzymam rękę, trzymam nogę,
inauguruj prezentację.
Pokaż nowe kombinacje!
Jestem piękny, jestem młody
ruszaj, Dyktatorze Mody !!!
Dyktator:
Oto pierwszy projekt mój:
lekki koktajlowy strój...
Oto drugi, prosto z wanny
wizytowy szyk poranny
Oto trzeci ( nie ostatni ):
smoking "Jak się Wykaraskać z Matni"
Jak pięknie szata...
Nieustająco jestem uparty:
pokażę teraz czwarty - na party!
Szyli go krawcy z Krainy Czarów,
zdobywcy siedmiu Złotych Oskarów!
Błyskotliwa będzie akcja:
kulminacja, kulminacja...!!!
Ach, OWACJA! Ach, OWACJA!
Ach, OWACJA!
Jak pięknie szata...
Uroczyście więc zamykam
( i dla panów, i dla dam )
supermiędzynarodowy,
fantastyczny, odjazdowy
swym talentem już umarzam
pokaz mody dla Cesarza!


Na północy ściął mróz

z nieba spadł wielki wóz
przykrył drogi pola i lasy
myśli zmarzły na lód
dobre sny zmorzył głód
lecz przynajmniej się można przestraszyć

na południu już skwar
miękki puch z nieba zdarł
kruchy pejzaż na piasek przepalił
jak upalnie mój boże
lecz przynajmniej być może
wreszcie byśmy się tam zakochali

a w krakowie na brackiej pada deszcz
gdy konieczność istnienia trudna jest do zniesienia
w korytarzu i w kuchni pada też
przyklejony do ściany zwijam mokre dywany
nie od deszczu mokre lecz od łez

na zachodzie już noc
wciągasz głowę pod koc
raz zasypiasz i sprawa jest czysta
dłonie zapleć i złóż
nie obudzisz się już
lecz przynajmniej raz możesz się wyspać

jeśli wrażeń cię głód
zagna kiedyś na wschód
nie za długo tam chyba wytrzymasz
lecz na wschodzie przynajmniej życie płynie zwyczajnie
słońce wschodzi i dzień się zaczyna

a w krakowie na brackiej pada deszcz
przemęczony i senny zlew przecieka kuchenny
kaloryfer jak mysz się poci też
z góry na dół kałuże przepływają po sznurze
nie od deszczu mokrym lecz od łez

bo w krakowie na brackiej pada deszcz
gdy zagadka istnienia zmusza mnie do myślenia
w korytarzu i w kuchni pada też
przyklejony do ściany zwijam mokre dywany
nie od deszczu mokre lecz od łez
bo w krakowie na brackiej pada deszcz

bo w krakowie na brackiej pada
pada deszcz
pada deszcz


Czas bez dna tęsknoty 

Czas wybryków i psoty
Czas kieliszka wódki
Gdy dzień był za krótki

Burze były jasne
Uśmiechy niezgasłe
Smutki nieprzepastne
Tak cudze jak własne

Czas sadów w obłokach
Kochań i odkochań
Czas majowych wątków
Bukiecików fiołków

Leciutkich pasaży
Twarzy twej z mgły marzeń
Śnił się co było
A ten czas to miłość

Co jest i co nie jest
Czyj to życia rejestr
Czegoś było mało
Więcej się zdawało
Ledwo dotykało
I dusze i ciało
Sens życia ukryty
Rozlane błękity

Czas dzień wciąż nam zmienia
Jest czas smugi cienia
Zatopionych lądów
I głupich poglądów

Jest czas odwrócenia
W długiej smudze cienia
Krok gdzieś i z powrotem
Czas co będzie potem

Walc krok cel
Myśl wciąż nie ta
Rapsodyczny temat
Niby tak a nie tak
Bo tom z kocheleta
Jakby ktoś nas w tańcu
Trzymał bardzo mocno
Jakby ktoś aż głębi
Nie spuszczał z nas oczu

Błękit już rozlany
Ogień wyczerpany
Smutek zapomniany
Gwiazd spokój nad nami