Dwadzieścia cztery smutki 

to zwykła nasza doba.
I dzień jest nie za krotki,
i noc siÄ™ nam podoba.
Deszcz pada nieustanny
i nudny, i nużący,
za oknem chodzÄ… panny
smucÄ…ce siÄ™ niechcÄ…cy
(niechcÄ…cy...)
Za oknem wieczór spływa
po dachach i po rynnach,
i ciemność odpoczywa
bezpieczna i bezczynna.
Dwadzieścia cztery smutki...
Usiądę sam za stołem,
zamyślę się wieczyście
o życiu niewesołym,
przez które ze mną szliście.
O naszym domu niskim
i o wysokim niebie,
o wszystkich i o wszystkim -
i za was, i za siebie.
Dwadzieścia cztery smutki...


IdÄ™ cienistÄ… stronÄ… ulicy,

a ty sÅ‚onecznÄ… –
a ty słoneczną
płyniesz w obłoczku zwiewnej spódnicy
stopÄ… tanecznÄ… –
stopÄ… tanecznÄ….
Idziesz słoneczna, sama, jak właśnie
rozkwitły z pąka liść,
że idÄ…cemu cieniem jest jaÅ›niej –
na ciebie patrzÄ…c – iść.

Tam po twej stronie przepych wiosenny
klomby ogarnia –
klomby ogarnia.
Tutaj już tylko schną chryzantemy
w mrocznych kwiaciarniach –
w mrocznych kwiaciarniach.
Idziesz słoneczną stroną ulicy
i niesiesz naręcz bzu,
a ja twą postać niosę w źrenicy
po cienia stronie tu.

Barwne po twojej stronie wystawy,
rojne kawiarnie –
rojne kawiarnie.
Tutaj do niemych kin nieruchawy
tÅ‚umek siÄ™ garnie –
tłumek się garnie.
I tak idziemy – ty w gronie licznym,
a ja tu z sobÄ… sam.
Ja – po cienistej stronie ulicy.
Ty – w sÅ‚oÅ„cu caÅ‚a tam.

Słyszę za sobą szelest stronicy
z prawdÄ… odwiecznÄ… –
z prawdÄ… odwiecznÄ….
Tylko z cienistej strony ulicy
widać słoneczną .
Niechby tak trochę drogi nam zeszło,
nim skręcę w swoją sień.
Tobie – idÄ…cej stronÄ… sÅ‚onecznÄ… –
mnie – tÄ…, gdzie już jest, cieÅ„.